W górę ↑

foto1 foto2 foto3 foto4 foto5
..

Zespół Szkół w Ożarowie

im. Marii Skłodowskiej-Curie

 

Co teraz się z Wami dzieje ?
Jak radzicie sobie w dorosłym życiu ?
W jakim stopniu szkoła przygotowała Was do dalszego kształcenia ?
Jakie sukcesy osiągnęliście w swoim życiu ?
Jakie wspomnienia z czasów nauki w szkole utkwiły Wam w pamięci ?
Czy pamiętacie jakieś anegdoty o nauczycielach ?
Jak szkołę postrzegacie po latach ?

ABSOLWENCIE , jeżeli chcesz zaspokoić ciekawość swoich wychowawców , nauczycieli oraz podzielić się własnymi spostrzeżeniami odpowiedz na w/w pytania.(niekoniecznie wszystkie)
Napisz i prześlij kilka zdań na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. , a Twoje wspomnienia , opinie zamieścimy na stronie internetowej szkoły.


ABSOLWENCI , KTÓRZY JUŻ NAPISALI…

 

KILKA WYJĄTKOWYCH MOMENTÓW

Minęło już (a może dopiero?) ponad sześć lat, kiedy opuściłem mury Zespołu Szkół
w Ożarowie im. Marii Skłodowskiej-Curie. Wielu wydarzeń niestety już nie pamiętam, inne sukcesywnie przypominają się z każdym przeglądanym zdjęciem z czasów licealnych – i aż uwierzyć trudno, że tyle(!)działo się w tamtym czasie. Chciałbym w tych krótkich wspomnieniach opisać kilka wyjątkowych momentów: (1) pierwsze spotkanie i pewność dobrego wyboru, (2) działalność na rzecz szkoły, (3) przygodę z angielską poezją, (4) drogę na Uniwersytet, (5) oraz przypomnieć postać Wyjątkowej Pedagog. Te kilka wydarzeń do dzisiaj jest pozytywnym doświadczeniem tamtego czasu, a świadomość, że dzięki nim wpisywałem się w historię „mojej szkoły” pozwalała mi przeżywać je z ogromną radością.
Pierwsze dni w Zespole Szkół były czasem odkrywania i poznawania innego sposobu wychowania. Mam na myśli to najprostsze, codzienne obcowanie ze sobą – tak na terenie szkoły jak i poza nią. To było pełne zaufania wobec ucznia podejście nie tylko dyrekcji, profesorów, ale również pracowników technicznych czy pań sprzątających. Wejście do szkoły, wzięcie kluczyka od szatni i uśmiech pani na portierni, często kilka wymienionych zdań było bardzo inne, od doświadczeń wcześniejszych dziewięciu lat spędzonych w niższych typach szkół– być może dlatego zapadło mi w pamięć. To była przepaść! Doskonale zdaję sobie sprawę z powodów determinujących różne podejście do uczniów - chociażby kwestia wieku. Jednak właśnie wtedy, mając szesnaście, siedemnaście lat potrzebowałem świadomości, że jestem odpowiedzialny za siebie, a szczególnie za swoją edukację. To był ten czas, kiedy musiałem określić swoją ścieżkę życiową i już wtedy podjąć pewne kroki, które umożliwią mi jej realizację. Nie było to proste zadanie. Ale już w pierwszej klasie liceum wiedziałem, że kolejne miesiące spędzę pod okiem życzliwej i naprawdę zatroskanej o moje wykształcenie kadry.
Miałem to ogromne szczęście, że od początku mojej edukacji zostałem (dzięki p. Edycie Szymczyk, o której napiszę jeszcze w kolejnym punkcie) włączony w działalność artystyczną szkoły. Faktem jest, że przygotowanie tych wydarzeń zajmowało trochę czasu (również lekcyjnego, czego wówczas wcale nie żałowałem), a ich samych w ciągu roku szkolnego było sporo, tym bardziej kiedy zostałem wybrany Przewodniczącym Samorządu Uczniowskiego. Z wielką radością wspominam te wydarzenia, począwszy od akademii na rozpoczęcie, dzień nauczyciela, otrzęsiny klas pierwszych, spotkania opłatkowe (tak dla uczniów jak i dla pracowników), organizacja finałów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, po zakończenie roku szkolnego w różnych typach szkół. W uszach nadal słyszę słowa: „Panie Dyrektorze melduję gotowość…” Dwa dni szczególnie zapadły mi w pamięć: (1) dzień studniówki – pierwszy prawdziwy bal i pierwszy (bardzo okaleczony) walc angielski oraz (2) dzień obchodów 25-lecia Zespołu Szkół, nadanie imienia Marii Skłodowskiej-Curie i przekazanie sztandaru. Sam nie wiem jak udało mi się poprowadzić część oficjalną, a później jeszcze odegrać rolę Pierra Curie podczas części artystycznej. Te wszystkie przedsięwzięcia były dobrą lekcją odpowiedzialności za podjęte zobowiązania, sprawdzianem kreatywności, pozwalały również na konfrontację swoich możliwości z krytycznym okiem odbiorców.
Jak wspomniałem na początku poprzedniego punktu, to dzięki p. Edycie Szymczyk zacząłem bardziej funkcjonować w życiu szkoły. Dzięki niej również dwukrotnie udało mi się zająć pierwsze miejsce w konkursach poezji obcojęzycznej. Do dzisiaj kiedy przypadkowo pada nazwisko Pablo Nerudy myślę „Dead Woman”, natomiast na nazwisko Louisa MacNeice wspominam „Prayer before birth”. Doskonale pamiętam próby, podczas których po kilkanaście (jeśli nie –dziesiąt) razy powtarzałem jedno słowo, bo „nie tutaj akcent” albo „mówisz to niedostatecznie angielsko” - opłaciło się.
W drugiej klasie liceum rozpoczęła się moja przygoda z Uniwersytetem Jagiellońskim. Dzięki p. Barbarze Gaborskiej wziąłem udział w Konkursie Wiedzy o UJ. Pani Profesor wierzyła w moje możliwości, a to bardzo budujące, szczególnie na tym etapie życia. Odkąd pamiętam krakowska wszechnica była moją wymarzoną uczelnią. Każdy wyjazd do teatru czy na warsztaty teatralne odbywające się w tym mieście kończyły się górnolotnymi planami na przyszłość. Przygotowując się do kolejnych etapów tego konkursu mogłem liczyć na pomoc i dobre słowa dyrektora Mirosława Adamka. Jego otwartość na potrzeby uczniów, pełna życzliwości postawa była dla mnie szczególnym bodźcem. Wiedziałem, że nie pracuję tylko dla siebie, ale również dla szkoły. Udało się. Jeszcze przed maturą wiedziałem, że będę studiował na najstarszej uczelni w Polsce.
Zawsze bardziej czułem się humanistą niż „ścisłowcem”, ale spotkałem w swoim życiu Osobę, przy której świat liczb, równań i niewiadomych stawał przede mną otworem. Miałem to szczęście poznać śp. p. Zofię Kuczkowską-Grdeń jeszcze w poprzedniej szkole. Kiedy dowiedziałem się, że będzie moim nauczycielem matematyki w liceum, radość mieszała się z niepewnością – pamiętałem, że jest bardzo wymagająca, z drugiej strony wiedziałem, że jej oddanie uczniom przewyższa wszystko. Nigdy nie zapomnę jej poświęcenia z jakim tłumaczyła kolejne działy królowej nauk, szczególnie kiedy przygotowywała nas do Międzynarodowych Mistrzostw w Grach Logicznych i Matematycznych. Godziny spędzone nad szukaniem kolejnych rozwiązań rekompensował uśmiech Pani Profesor i ten błysk w oku, który świadczył o jej radości z naszego sukcesu. Pamiętam owoce, czekolady, batoniki, różne rodzaje orzechów, które dostawaliśmy od niej w prezencie, kiedy jechaliśmy na kolejne etapy mistrzostw. Nic jednak nie przebije tych emocji, kiedy w jej mieszkaniu, wspólnie z nią rozwiązywaliśmy na czas kolejne plansze sudoku, przygotowując się do konkursu. Pełna szacunku (obustronnego!) relacja nauczyciela i ucznia stała się dla mnie wzorem, który staram się realizować w mojej pracy z podopiecznymi podczas warsztatów teatralnych. Poświęcenie Pani Profesor, szczególnie widoczne w czasie jej choroby, paradoksalnie stało się bodźcem dla nas, jej uczniów. Kiedy widzieliśmy jak bardzo zależy jej, by każdy z nas nie tylko zrozumiał ale również pokochał tę, której ona poświęciła całe życie tj. matematykę, staraliśmy się nie dla nas samych, ale dla niej, dla naszej Pani Profesor. Doskonale pamiętam ten uścisk dłoni i życzenia, kiedy kończyłem szkołę. Oczywiście padło również sakramentalne: „Mogłeś zdawać matematykę na maturze…”
Z perspektywy tych kilku lat od zakończenia edukacji w Zespole Szkół w Ożarowie mogę z czystym sumieniem napisać, że to był dobry wybór. W „mojej szkole” przede wszystkim czułem się „u siebie”. I chociaż nie od początku tak było (nowa szkoła, nieznani nauczyciele), kiedy opuszczałem te mury ze świadectwem w ręku czułem prawdziwy smutek, że to już koniec. Pozostały znajomości, na półce książki od Dyrektora, segregator ze świadectwami i dyplomami, kilka folderów zdjęć i filmów na komputerze. Przede wszystkim pozostały świetne wspomnienia.


Na koniec niech wybrzmi jedno słowo: Dziękuję!

Łukasz Rzepka – absolwent 2008 (Liceum Ogólnokształcące)- doktorant Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie


KILKA SZCZEGÓLNYCH WSPOMNIEŃ...

Po tych kilkunastu latach, które minęły odkąd po raz ostatni jako uczeń przestąpiłem progi szkoły, pozostało mi w pamięci kilka szczególnych wspo¬mnień. Które z nich wybrać jako najciekawsze? Czy to, jak przez kilkadziesiąt godzin bez przerwy (tuż przed samą obroną) usiłowaliśmy z kolegami ukończyć pracę dyplomową, siedząc po nocach w laboratorium? Czy może przygoto¬wania do otrzęsin klas pierwszych, kiedy jako czwartoklasista pod kierunkiem pani Marii Merdalskiej (zacnej kobiety, która jak nikt rozumiała naszą znikomą chęć wchłaniania przedmiotów humanistycznych i dzielnie stawiała jej odpór, zmuszając nas przeróżnymi ciekawymi sposobami do nauki) wraz z kolegami zmagałem się z materią przedstawienia teatralnego (jak by nie patrzeć, „otrzę¬siny" to właśnie był teatr - a że akurat kabaret...)? A może kilka godzin na placu za szkołą, kiedy to jakiś dowcipniś zgodnie z panującą wówczas modą zawiado¬mił o podłożeniu bomby? Lub specyficzny, niepowtarzalny zapach obrabianego metalu na warsztatach szkolnych? Albo obuwie zmienne, które każdego ranka archaicznym zarządzeniem dyrekcji zmuszeni byliśmy wkładać (jakoś na uczel¬niach wyższych, pomimo braku takich absurdów, czystość udaje się utrzymać). Może raczej uroczyste zakończenie szkoły, kiedy z głową pełną nadziei na przy¬szłość opuszczałem mury szkoły, nie do końca wiedząc, jak potoczą się moje dalsze losy i czy nie spocznę na jakiejś mieliźnie życia?
Najlepiej pamięta się oczywiście nauczycieli, którzy swoją osobowością i sposo¬bem bycia wyróżniali się z grona pedagogicznego szkoły. Nie sposób w tym krótkimwspomnieniu wymienić wszystkich, dlatego wybieram tylko te najbardziej zapadają¬ce w pamięć przypadki nauczycielskich metod przekazywania wiedzy. Największym, jak mniemam, „dręczycielem biednych uczniaków" był pan Woj¬ciech Majcher (matematyka) z niezapomnianym hasłem przewodnim: „Nauka czyni mistrza - pół zbiorku zadań do domu na jutro". Kolejny przykład „tyranii i despotyzmu" to nauczyciel języka polskiego, z któ¬rym mieliśmy zajęcia przez jakieś
2 miesiące (pseudonim: „Tudzież"). Zadawał nam na każdej lekcji pracę domową, przeraźliwie jednostajną - wypracowanie - które „wybrani" odczytywali na kolejnych zajęciach. Niezapomniana kwestia krytyczna: „Bardzo dobre wypracowanie. Doskonale dobrane przykłady, wyczerpujące potrak¬towanie tematu, ciekawe rozwinięcie. Siadaj - mierny". Nie traktuję tych konkret¬nych zajęć jako szczególnie rozwijających, niestety...
Dzięki wyżej wymienionemu Psorowi Wojtkowi pierwszy semestr matematy¬ki na studiach miałem w zasadzie bezstresowy. Jedyne do czego musiałem się mocniej przyłożyć, to rachunek całkowy. Dzięki temu pozostało więcej czasu na inne przedmioty. Podobnie fizyka. Pod kierunkiem pani Małgorzaty Wawrzyńczak przedmiot ten przyswoiłem (jak uważam) całkiem nieźle. Elektrotechnika, niestety po pierwszych kilku zajęciach, na których omawiane były podstawy, rozwinęła się w kierunku, którego nie przewidywałem z perspektywy ucznia technikum. Elektroni¬ka, automatyka dały mi podstawy do dalszego przyjmowania wiedzy specjalistycznej (wiele osób właśnie na tych przedmiotach miało najwięcej problemów). Bardzo dużo dały mi zajęcia laboratoryjne, po których zdobyłem umiejętność eksperymentalnego sprawdzania wiedzy teoretycznej. W końcu studia techniczne to przede wszystkim laboratoria.
Po ukończeniu technikum próbowałem sił w walce o miejsce na Wojskowe Akademii Technicznej. „Niestety", stres i warunki polowe nie pomogły mi w rozwinięciu skrzydeł. Ten cudzysłów z perspektywy czasu dopisałem. Dziś mam świadomość faktu, że na uczelni wojskowej, wpadając w kierat hierarchii, straciłbym radość studiowania - wtedy wydawało mi się to mało istotne. Studia ukończyłem na Politechnice Świętokrzyskiej w Kielcach, na Wydziale Elektrotechniki, Automatyki i Informatyki na kierunku elektrotechnika, specjalności przetwarzanie i użytkowanie energii elektrycznej na ścieżce dyplomowej technika świetlna. Tak, wiem jak to brzmi. Moja rodzina do dziś nie potrafi powiedzieć, co konkretnie studiowałem...
Po studiach rozpocząłem pracę w biurze projektowym. Po roku pracy dopadła mnie przeszłość i odbyłem przeszkolenie wojskowe (kara za ambicję studiowania na uczelni wojskowej - większość moich kolegów została przeniesiona do rezerwy bez tego „długotrwałego" przeszkolenia). Później ponownie podjąłem pracę w biurze projektowym, gdzie mogę wykorzystać wszechstronnie moje umiejętności i wiedzę. Założyłem rodzinę, zamieszkałem w Ożarowie. Można mnie spotkać czasami na osiedlu Wzgórze.

Arkadiusz Siudy – absolwent 1995 (Technikum Elektryczne)


MIŁY CZAS BEZTROSKI

Minęło już 13 lat, od kiedy pożegnałem się z Technikum Elektrycznym w Ożarowie. Dynamika zmian polskiej rzeczywistości ostatnich lat wymusza raczej spojrzenie w przód, a nie wstecz, ale okazyjne spotkania ze szkolnymi kolegami stają się naturalnym źródłem wspomnień z tego okresu.
Pięć lat nauki w Technikum kojarzy mi się przede wszystkim z miłym cza¬sem beztroski. Dosyć ciężki pierwszy rok, gdy pojawiły się przedmioty tech¬niczne i zawodowe, potem okres pewnej stabilizacji z dużym naciskiem na matematykę (wychowawca Wojciech Majcher), język polski (Stanisław Ścibisz) ielektrotechnikę (Piotr Buchalski, a potem Janusz Sitarski).
W pamięci utkwiły mi przede wszystkim anegdotyczne wspomnienia doty¬czące szczegółowości zajęć z języka polskiego, gdy np. przy omawianiu „Lalki" B. Prusa p. S. Ścibiszusilnie domagał się odpowiedzi na pytania typu: jaki kolor w omawianych scenach miały dachówki na rynku w Krakowie. Ciekawy i staranny sposób wysławiania się p. S. Ścibisza szybko zyskał mu przydomek „Tudzież", gdyż p. S. Ścibisz bardzo lubił nadużywać tego słowa. Jego drobia¬zgowe i humanistyczne podejście widoczne było na każdym kroku. Gdy przy okazji omawiania poezji Stachury zorganizowaliśmy gitarę, wraz z osobą która potrafiła na niej grać (J. Soboń), etap muzyczno-artystyczny został przez p. S. Ścibisza zakończony już po pierwszej piosence. Dalsza część zajęć poświęcona została omówieniu każdego słowa tekstu tej piosenki i wnikliwej analizie, co też autor miał lub mógł mieć na myśli...
Po okresie stabilizacji w klasach drugiej i trzeciej, nadszedł czas zastano¬wienia (w czwartej) nad tym, co dalej po „ Technikum". Stąd końcówka czwartej i cała klasa piąta upłynęły dosyć pracowicie, gdyż zdecydowałem się zdawać na studia ekonomiczne. Przygotowania do egzaminów objęły poszerzony ma¬teriał z geografii, co zresztą udało mi się zrobić przy wydatnej pomocy p. Anny Wilczak, naszej nauczycielki z tego przedmiotu. Dodatkowo dużo czasu zajęły mi przygotowania z matematyki i języka angielskiego, pomimo że ówcześnie w Technikum mieliśmy tylko zajęcia z jęz. rosyjskiego (mam nadzieję, że teraz jest już jęz. angielski). Język rosyjski z p. Bożeną Konieczny był zresztą ciekawy i przydał mi się później na studiach.
Przed egzaminami na studia była jeszcze studniówka z wojskową siatką roz¬piętą pod sufitem w sali gimnastycznej i matura w tej samej sali, aczkolwiek w odmiennej scenerii. Egzaminy zakończyły się pomyślnie i w ten sposób zosta¬łem studentem Wydziału Ekonomicznego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Przedmioty ekonomiczne przypadły mi do gustu. Na drugim roku studiów udało mi się uzyskać drugą średnią ocen na roku, co pomogło mi w przeniesieniu się na studia w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, gdzie tytuł magistra ekonomii uzyskałem w 2000 roku. Rok wcześniej, jeszcze na piątym roku studiów, rozpocząłem pracę w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych SA (PWPW SA), gdzie trafiłem w związku z przygotowaniami do uruchomienia centralnej produkcji prawa jazdy (od 1 lipca 1999 roku). Po¬czątkowo pracowałem na stanowisku specjalisty ds. logistyki, potem od 2003 roku głównego specjalisty ds. logistyki i organizacji produkcji, a od 2004 roku jestem kierownikiem działu planowania i rozwoju produkcji. Kieruję działem, który odpowiada za technologię produkcji wyrobów personalizowanych (m.in. prawa jazdy, dowody rejestracyjne pojazdów) oraz zabezpieczenie logistyczne produkcji tych wyrobów. Dodatkowo zajmuję się pracami badawczo-rozwo¬jowymi dotyczącymi nowych wyrobów personalizowanych. Między innymi od 2005 roku aktywnie uczestniczę w projekcie wdrożenia paszportów biome¬trycznych z mikroprocesorem, które mają pojawić się w sierpniu 2006 roku.
Lata spędzone w Technikum Elektrycznym w Ożarowie przygotowały mnie do samodzielnej pracy i gotowości do dalszego kształcenia. Ukończyłem m.in. studia podyplomowe zorganizowane przez ORGMASZ z zakresu zarządzania e-biznesem (2002) oraz studia podyplomowe na Uniwersytecie Warszawskim z zakresu integracji europejskiej (2005). Obecnie studiuję w Gdańskiej Fundacji Kształcenia Menedżerów na kursie Master of Business Administation.
Od 1997 roku mieszkam w Warszawie. Jestem żonaty, mam czteroletniego syna Jakuba, obecnie czekamy na narodziny drugiego dziecka - córki Majki, co powinno nastąpić wiosną 2006 roku.

Dariusz Nowakowski – absolwent 1993 (Technikum Elektryczne)


TEN CZAS WPŁYNĄŁ NA MOJE DZISIEJSZE ŻYCIE

Od ukończenia mojej nauki w murach Technikum Elektronicznego w Ożarowie upłynęło już kilka lat, ale niewątpliwie ten czas wpłynął na moje dzisiejsze życie. Dziś piszę ten tekst jako pracownik naukowo-dydaktyczny Instytutu Informatyki Stosowanej Politechniki Krakowskiej i człowiek, który może się poszczycić mniej lub bardziej istotnymi osiągnięciami.
Jako mężczyzna mogę być dumny z mojej kochanej córki, a jako pra¬cownik mogę być zadowolony z ugruntowanej pozycji w zakresie IT, czego owocem są projekty realizowane dla Politechniki Krakowskiej, Centrum Transferu Technologii i firm prywatnych. Nie bez znaczenia jest również moja praca dydaktyczna, bo przecież co roku mam okazję uczyć ok. 800 studen-tów. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć: Tak! W moim dzisiejszym ży¬ciu dużą rolę odegrała edukacja w Technikum Elektronicznym w Ożarowie.
Wykształcenie, jakie zdobyłem w technikum, pomogło mi dostać się na studia wyższe na Politechnice Krakowskiej. Mimo iż byłem „olimpijczykiem", musiałem zdać egzaminy kwalifikacyjne na studia i udało się to bez większego problemu. Mógłbym przytaczać wiele dziedzin i sytuacji, w których wiedza przekazana w trakcie nauki w technikum była przydatna.Niewątpliwie naj¬większy wkład w kształtowanie naszych sylwetek miała kadra pedagogiczna, którą do dziś bardzo mile wspominam i darzę wielkim szacunkiem.
Chyba najsilniej na moje losy wpłynęło dwóch ludzi: Janusz Sitarski i Wojciech Majcher. Pan Janusz Sitarski był wychowawcą naszej klasy i na¬uczycielem większości przedmiotów z dziedziny elektroniki. Tak naprawdę to on mnie „odkrył" i dalej poprowadził. A było to tak:
Młody Darek Karpisz interesował się elektroniką już od szkoły podstawowej. Uczęszczanie do Technikum Elektrycznego było więc realizacją mojego hobby. Pamiętam, jak pan Janusz jako pracę domową podał zaprojektowanie urządzenia do automatycznej segregacji rezystorów na podstawie pomiaru rezystancji za pomocą mostka pomiarowego. Podszedłem do tego zadania jak do ciekawego wyzwania. Niedługo później powstał schemat elektroniczny mostka pomiarowego z komparatorami, a później- „podpuszczony" przez pana Janusza- dorobiłem pełną obsługę urządzenia za pomocą mikroprocesora Zilog Z80 - i tak to się zaczęło. Wtedy udowodniłem (przede wszystkim sobie), że jestem w stanie sprostać wyzwaniom. Pan Janusz Sitarski docenił mnie i zaczęliśmy współpracować zarówno naukowo (Turniej Wiedzy o Wynalazczości), jak i zawodowo. Wiele się wtedy nauczyłem, a wiedza, którą zdobyłem, jest wykorzystywana do dziś. Panie Januszu: Dziękuję!
Byłem umysłem ścisłym, a matematyka nigdy nie sprawiała mi trudności, dlatego pod opiekę naukową wziął mnie pan Wojciech Majcher. Panie Wojtku, wiedzieliśmy, czego Pan chce i jak potrafi Pan to wyegzekwować. Bezsensowne byłoby jednak egzekwowanie wiedzy bez skutecznego jej przekazywania. Wojciech Majcher umiał zmobilizować całą klasę do nauki i wyprowadził nas wszystkich po maturze z zadowoleniem na twarzach. Jednym słowem, to świetny dydaktyk. Tak się również stało, że moje zamiłowanie do komputerów i wiedza matematyczna pana Wojciecha zaowocowały naszymi wspólnymi wyjazdami na Sympozjum Cybernetyki, Forum Młodych i Ogólnopolski Sejmik Matematyków.
Ktoś z zewnątrz mógłby powiedzieć: „Nie wiedzieć czemu, Karpiszowi znów się udało coś wygrać". Cóż, ja wiem czemu piastowaliśmy sukcesy z panem Januszem i panem Wojciechem - to są wspaniali ludzie, którzy wiedzieli czego chcą i jak to zdobyć. Dla mnie wspólne kilkudniowe wyjazdy to była szkoła życia.
Każdy pracownik ówczesnej kadry nauczycielskiej miał wpływ na poziom naszej wiedzy i nasze zachowanie. Możemy dziś dziękować im za to, że prócz dydaktyki pomagali nam budować przyjazną atmosferę. Prawdopodobnie większość absolwentów mojego rocznika ciepło wspomina pana Janusza Czubę - nauczyciela języka polskiego. Hmm, rola polonisty w technikum elektronicznym mogłaby się wydawać trudna, ale tak nie było. Pan Janusz Czuba potrafił nas zmobilizować do czytania „trudnej literatury". Panie Januszu, pamiętam, jak stał Pan na krześle i próbował nam wytłumaczyć, co autor miał na myśli, pisząc „Ferdydurke". Nareszcie trafił nam się świetny filolog, z którym można było podyskutować, nie bojąc się o konflikt poglądów. To było coś!
Ten niewielki wycinek historii, którą tu opisuję, pozwala mi stwierdzić, że miałem szczęście, uczęszczając do Technikum Elektronicznego w Ożarowie, bo trafiłem tam na wspaniałych ludzi, którzy pozwolili rozwinąć skrzydła mi i moim kolegom.
Wspierany przez nauczycieli z Technikum oraz moich rodziców, pogłębiałem swoją wiedzę. Dziś widzę jak wiele w moim życiu zależało od tamtych czasów. W trakcie studiów z zakresu inżynierii komputerowej na Wydziale Inżynierii Elektrycznej i Komputerowej PK podjąłem pracę zawodową jako informatyk. Zajmowałem się głównie bazami danych oraz witrynami WWW. Do momentu podjęcia pracy na Politechnice pracowałem w różnych firmach informatycznych jako projektant i programista baz i aplikacji. Moje doświadczenie zawodowe i specjalizacja sprawiły, że zostałem poproszony o przeniesienie się z firmy IT na Politechnikę Krakowską i tu też zostałem. Oprócz pracy na uczelni współpracuję z firmami i jednostkami naukowo-badawczymi, co przynosi mi wiele satysfakcji. W Instytucie Informatyki Stosowanej moi koledzy śmieją się, że mam dwoje dzieci: córeczkę Maję i synka Saturna (zakładowy serwer). Rzeczywiście, zajmuję się administrowaniem różnymi usługami i serwerami, ale istotniejszym faktem mojego rozwoju
i kariery zawodowej jest wydany podręcznik akademicki pt. „Podstawy informatyki", którego jestem współautorem, oraz przygotowywany podręcznik do baz danych. Jak widać, nie osiadłem na laurach i staram się być ciągle aktywny naukowo.
Cieszę się, że mogłem uczęszczać do Technikum Elektronicznego w Ożarowie i miałem szczęście spotkać wspaniałych ludzi, którzy są mi przyjaźni do dziś.

Dariusz Karpisz – absolwent 1997 (Technikum Elektroniczne)


TO BYŁ SŁUSZNY WYBÓR

Mój kontakt z Zespołem Szkół Zawodowych (taką nazwę wówczas szkoła nosiła) nie miałby miejsca, gdyby nie ciąg wcześniejszych zdarzeń w moim życiu, które doprowadziły do przeprowadzki do Ożarowa. Do wyboru miałem więc szkołę średnią w miejscu zamieszkania lub dojazd do innej miejscowości. Wybrałem tę pierwszą opcję i, co najważniejsze, nie żałuję i nigdy nie żałowałem. Moje wspomnienia ze szkoły są całkowicie pozytywne i zawsze, jeśli wspominam te czasy, to pamiętam same miłe chwile, począwszy od pierwszego dnia, a skończywszy na pożegnaniu.
Może jest to związane z tym, iż nigdy nie miałem problemów z nauką, więc stąd takie wspomnienia. Dużą rolę w tym odegrali również nauczyciele, którzy umiejętnie motywowali do pracy i zachęcali do nauki. Bardzo miło wspominam naszą pierwszą wychowawczynię panią Teodorę Orłowską, która oprócz wiedzy z chemii wpajała nam mnóstwo innych przydatnych w późniejszym życiu cech. Była naprawdę oddana temu, co robi, i robiła to z całego serca. Za taką właśnie postawę była przez nas bardzo lubiana i szanowana.
Co jeszcze kojarzy mi się z panią Orłowską? Pamiętam, jak jakaś klasa chwaliła się, że udało im się nawet podmienić sprawdziany, które pani profesor nosiła pod pachą, twierdząc o jej naiwności. Nawet wydawało im się, że się to udało. Jakieś 3-4 lata temu odwiedziłem panią Orłowską w jej domu w Brzustowie i wspominając sobie szkolne czasy, poznałem jej wersję. Okazało się, że ona nas (uczniów) dokładnie przejrzała i o wszystkim wiedziała, nie dając po sobie tego poznać. Wyszło na to, że to jednak oni byli naiwni.
Bardzo ciężko tak samemu przypomnieć sobie anegdoty o nauczycielach. Takie rzeczy najlepiej wychodzą w gronie kilku osób. Zawsze dużo śmiesznych sytuacji było na lekcjach elektrotechniki, a to za sprawą pana Jerzego Nowaka. To były przede wszystkim żarty sytuacyjne, które rodziły się spontanicznie. Polegało to na robieniu sobie drobnych psikusów. Przykładem może być np. przyklejone krzesło nauczyciela do podłogi, jakieś śmieszne karteczki w dzienniku. I oczywiście reakcja nauczyciela była najśmieszniejsza.
Wspomnienia te mogą wydawać się nudne, ale moja uwaga skupiona była bardziej na nauce, stąd może najciekawsze wydarzenia mi umknęły. Bardzo miło wspominam nauczycieli tych przedmiotów, które lubiłem najbardziej. Co jest chyba zrozumiałe. Pan Wojciech Majcher zasługuje na wielkie podziękowania z mojej strony, za sposób prowadzenia zajęć i przekazywania wiadomości. Na lekcjach matematyki czułem się wyjątkowo dobrze. Wszyscy się dziwili, bo w zasadzie większość klasy matematyki nie lubiła. Były też takie przypadki, że niektórzy się lekcji matematyki chronicznie bali i ciężko było im zrozumieć, że można jeszcze np. dobrowolnie uczęszczać na kółko matematyczne. Takie kółka oraz uczestnictwo w olimpiadach to fajna sprawa. Poznałem mnóstwo rzeczy, które przydały mi się później na studiach. Sam byłem zdziwiony, że np. koledzy na studiach, którzy byli po liceach o profilu matematycznym, pochodzący z różnych zakątków Polski, nie przerabiali niektórych zagadnień, które pan Wojciech przekazał i nauczył.
Myślę, że na wysokim poziomie wykładane były również przedmioty zawodowe: elektrotechnika, elektronika, układy cyfrowe i inne. Mogę tak sądzić, ponieważ nie przysporzyło mi żadnych problemów rozwijanie tej wiedzy na studiach.
Wybierając się do technikum o profilu elektronicznym, na początku nie miałem większego zamiłowania akurat do tego kierunku. Te 5 lat spędzonych w murach naszej szkoły pozwoliło mi zrozumieć, że to był słuszny wybór. Potwierdzeniem tego jest kolejny etap mojej edukacji. Dobrze przygotowany, bez większych problemów dostałem się do Wojskowej Akademii Technicznej w W-wie na Wydział Elektroniki. Zdobyte w naszej szkole oraz zdobywane już na studiach doświadczenie i wiedza pozwoliły mi bez problemu ukończyć z wynikiem bardzo dobrym WAT. Znalazłem nawet czas na sport, uprawiając lekkoatletykę. Mogę się nawet pochwalić licznymi wygranymi zawodami na szczeblu uczelni w biegu na l00m i skoku w dal oraz dwoma złotymi medalami i jednym brązowym w Mistrzostwach Polski Szkół Wojskowych w biegu na dystansie l00m.
Na chwilę obecną moja edukacja na tym się zakończyła. Nie liczę tutaj systematycznego rozwijania znajomości języka angielskiego, trochę z własnej woli, trochę z wymogów na stanowisku pracy. Pracuję w Jednostce Wojskowej 3419 w Sandomierzu, do której trafiłem bezpośrednio po ukończeniu WAT. Nie powiem, żebym się z tego na początku cieszył. Przygnębiał mnie fakt powrotu do małego miasta po 5 latach życia w stolicy. Teraz widzę to inaczej i nawet się z tego cieszę, że właśnie tu trafiłem i mogę pracować z takimi ludźmi z jakimi pracuję. Do dobrej atmosfery w pracy niezbędny jest mądry i rozsądny przełożony (dowódca), na co ja nie mogę w zupełności narzekać. Fakt powrotu do Ożarowa sprawił, że mogłem poznać fajną dziewczynę, obecnie żonę, Agnieszkę. Nawet żona czasem żartuje, że zainteresowałem się nią dlatego, iż bardzo lubiłem matematykę, a ona jest z wykształcenia właśnie matematykiem. Mamy „superfajną" córeczkę Karolinkę, która ma już 20 miesięcy. Po tym, jak żona zaszła w ciążę i zwolniła się z pracy w Kielcach, zamieszkaliśmy w Tarnobrzegu. Ciekawe na jak długo, bo coraz częściej krążą pogłoski o rzekomym rozwiązaniu jednostek wojskowych w Sandomierzu.

Grzegorz Bochniak – absolwent 1995 (Technikum Elektryczne)


W ŚWIECIE NIE MA PRZYPADKÓW

Długo się zastanawiałem, co można by napisać w związku ze wspomnieniami o mojej średniej szkole, bo, jak się okazało, nie jest to wcale takie proste. Szczerze mówiąc, było dość dużo różnych humorystycznych (i nie tylko) sytuacji, ale kiedy przyjdzie skreślić parę słów, okazuje się, że nie wiadomo co wybrać. Ostatecznie jednak wybrałem sytuację z jednej z wielu klasówek, które przeżyłem w tej szkole. Z różnym skutkiem oczywiście. Było to w pierwszej klasie na przedmiocie, który nazywał się podstawy elektrotechniki, a którego uczył pan Piotr Buchalski. Jak na pierwszą klasę było to dla nas bardzo wielkie wydarzenie, gdyż klasówka wyglądała jak poważny egzamin. W związku z tym cała otoczka sprawiała wrażenie, że jest to coś bardzo ważnego i rzeczywiście tak było. Byliśmy wpuszczani alfabetycznie, zajmowaliśmy miejsca po kolei jak na maturze i oczywiście nie było mowy o żadnym ściąganiu. Pragnę zaznaczyć coś bardzo ważnego, a mianowicie, że pan Piotr był bardzo lubiany przez większość uczniów i mimo takiej klasówki, jego „akcje" nie spadły. Wielką przychylność i sympatię zyskiwał sobie dzięki wspaniałemu poczuciu humoru. Potrafił zauważyć najdrobniejszy atut ucznia i nagrodzić nawet za... dobrze wykonaną ściągawkę, oczywiście wcześniej wpisując dwóję za ściąganie. I takie właśnie przypadki zdarzały się, i to m.in. na tej klasówce. Profesor często wychodził z klasy, że niby go nie ma, a okazywało się, że zostawia drzwi otwarte i patrzy w lustro wiszące na ścianie...
Bardzo dobrze wspominam moje mieszkanie w internacie. Jestem niezmiernie zadowolony z tego, co mnie tam spotkało. Wspólnie przeżyte chwile z kolegami utkwiły nam tak głęboko w pamięci, że do dziś utrzymujemy żywe kontakty. Jednym słowem mieszkanie w internacie bardzo nas połączyło. I właśnie to, z czego jestem bardzo zadowolony, jeśli chodzi o czas nauki w szkole średniej, to może nie tyle wiedza, którą zdobyłem, co ludzie, których spotkałem. Nie chcę z nazwisk wymieniać ani uczniów ani nauczycieli, ale chyba nic złego się nie stanie, jak wymienię tylko mojego wychowawcę, Wojciecha Majchera. Pięć lat sprawiło, że zdążyliśmy się poznać z różnych stron. Dzięki temu mogliśmy zauważyć, iż nasz wychowawca, mimo że czasem może i krzyczał, i wymagał, to ostatecznie okazywało się, że chce naszego dobra i nigdy krzywdy nam nie zrobił. Chcę zaznaczyć, że jest to nie tylko moja opinia, ale również moich przyjaciół z czasów szkoły średniej.
W związku z przydatnością zdobytej wiedzy w życiu, to w moim przypadku wygląda to trochę inaczej. Jakimś dziwnym trafem znalazłem sięw szkole technicznej, a tymczasem z natury jestem humanistą. Jednak jestem głęboko przekonany, że w świecie nie ma przypadków (przypadki są tylko w gramatyce), dlatego to również nie był przypadek, że znalazłem się w tej szkole, i mimo moich odmiennych zdolności, do dziś jestem zadowolony z wyboru szkoły. W związku z powyższym moje losy potoczyły się trochę odmiennie od niektórych i po maturze w 1993 r. znalazłem się w seminarium duchownym w pięknym Sandomierzu. Po 6 latach studiowania zostałem księdzem. Aktualnie od 3 lat przebywam na studiach stacjonarnych na KUL w Lublinie, na kierunku psychologia. Jestem zadowolony z wyboru swojej drogi życiowej.
Podtrzymując tezę o braku przypadków, zauważam, że to, co najbardziej zyskałem, oprócz oczywiście przyjaciół i wzorów osobowych w postaci nauczycieli, to także to, że nauczyłem się w naszej szkole pewnej dyscypliny, samodzielności, jak również dojrzałego podejścia do życia z domieszką zdrowego humoru. Za to wszystkim z serca gorąco dziękuję!!!

Jacek Zieliński – absolwent 1993 (Technikum Elektryczne)

SZKOŁA ŚREDNIA BYŁA BARDZO ROZWOJOWYM OKRESEM

Często mile wspominam dawne czasy szkolne. Mam oczywiście na myśli szkołę w Ożarowie oraz
studia. Pięć lat pobytu w technikum to wiele niezapomnianych chwil. Nie byłoby tak dobrych wspomnień bez kolegów i nauczycieli, których spotkałem na swojej drodze edukacji. Klasa, do której uczęszczałem, tworzyła zgrany zespół. To, co najbardziej utkwiło w mojej pamięci, to przede wszystkim wycieczki szkolne, podczas których panowała miła i koleżeńska atmosfera. Najwspanialszą uroczystością w życiu była niezapomniana studniówka, jaką przeżyłem w tej szkole.
Niedługo minie siedem lat, odkąd uczniowie klasy V TE zakończyli edukację na poziomie średnim. Przez pięć lat należałem do grupy osób, które widywały się niemal codziennie w budynku tej szkoły. W tym czasie wszystkie te osoby bardzo miło wspominam, a z niektórymi niekiedy udaje mi się spotkać i porozmawiać.
W tych kilku słowach chcę podkreślić, że każdy uczeń z pewnością przeżył ten okres nauki w technikum na swój sposób, wykorzystując dane mu szanse, według swoich potrzeb i chęci. Dla mnie szkoła średnia była bardzo rozwojowym okresem nie tylko pod względem pozyskiwania wiedzy z dziedziny elektroniki. Sporą część czasu poświęcałem wraz z bliskimi znajomymi ze szkolnej ławy na działalność sportową. Bardzo miło wspominam swoje uczestnictwo w różnego rodzaju zawodach sportowych i organizowanie pod kierunkiem pana Wojciecha Kielisza przeróżnych zawodów wewnątrzszkolnych. Tego typu działalność z pewnością pomogła mi w decyzji o wyborze kierunku dalszego kształcenia.
Nie mogę też zapomnieć o naszej niezapomnianej wychowawczyni- prof. Marii Merdalskiej, która wspierała każde nasze dążenia do sukcesu i nasza radość zawsze była także jej radością.
Z własnego doświadczenia wiem, że każda najdrobniejsza kropelka wiedzy, jaką zdobywamy w czasie naszej edukacji, procentuje w przyszłości, dlatego pragnę serdecznie podziękować wszystkim Nauczycielom naszego technikum za przychylność i przekazywanie swoim podopiecznym obok wiedzy naukowej również wiele wskazówek życiowych. Dzięki temu mogłem podjąć studia na wymarzonym kierunku, a potem rozpocząć pracę jako nauczyciel.
Los sprawił, że ponownie wróciłem w mury tej szkoły. Pracuję w niej jako nauczyciel wychowania fizycznego.

Kamil Krzeszowski – absolwent 1999 (Technikum Elektroniczne)


SUKCES WCALE NIE ZALEŻY OD MIEJSCA, ALE OD LUDZI...

Często mile wspominam dawne czasy szkolne. Mam oczywiście na myśli szkolę w Ożarowie oraz studia. Pięć lat pobytu w technikum to wiele niezapomnianych chwil. Nie byłoby tak dobrych wspomnień bez kolegów i nauczycieli, których spotkałem na swojej drodze edukacji. Klasa, do której uczęszczałem, tworzyła zgrany zespól. To, co najbardziej utkwiło w mojej pamięci, to przede wszystkim wycieczki szkolne. Z perspektywy czasu mogę przyznać, że to właśnie wtedy zawieraliśmy największe przyjaźnie.
Często słyszymy, że szkoły średnie w małych miejscowościach nie dają uczniom dobrych perspektyw rozwoju swoich umiejętności. Uważam, że przykład mojej edukacji może być dowodem na to, że jeśli człowiek czegoś gorąco pragnie, ma talent i spotka odpowiednich ludzi, którzy wskażą mu drogę jego rozwoju, może osiągnąć naprawdę dużo. Sukces wcale nie zależy od miejsca, ale od ludzi i drzemiących w nich zdolności.
Pierwszym, który umiał zainteresować mnie nauką, był prof. Wojciech Majcher. To właśnie jego osoba wywarła wielki wpływ na moje kształcenie i osiągnięcia. To on skierował moje zainteresowania w stronę matematyki, poświęcił mi wiele czasu i uwagi, dzięki czemu wygrałem Ogólnopolski Sejmik Matematyków w Wiśle.
Obecnie jestem absolwentem teleinformatyki Politechniki Krakowskiej. W poczet studentów zostałem przyjęty dzięki Konkursowi Wiedzy o Wynalazczości. Osobą, która podjęła się przygotowania mnie do olimpiady, był prof. Janusz Sitarski. Bez niego nie byłoby możliwe moje uczestnictwo w corocznych zgrupowaniach naszego zespołu w Puławach. To on dbał o to, byśmy mogli spotykać się z rzecznikami patentowymi, to on dbał o ciągłe pogłębianie naszej wiedzy i za to jestem mu bardzo wdzięczny.
Nie mogę też zapomnieć o naszym niezapomnianym wychowawcy-prof. Januszu Czubie. Wspierał każde nasze dążenia do sukcesu i nasza radość zawsze była także jego radością.
Jak już wspomniałem, jestem absolwentem Politechniki Krakowskiej, a także Centrum Pedagogiki i Psychologii przy Politechnice Krakowskiej. Na co dzień pracuję w firmie informatycznej na stanowisku programisty, a także jestem wykładowcą informatyki.
Dzięki mojemu wykształceniu mogę uczestniczyć w międzynarodowych projektach dotyczących oprogramowania bazo-danowego.

Artur Karpisz – absolwent 2000 (Technikum Elektroniczne)


WIEDZA PROCENTUJE W PRZYSZŁOŚCI

Niedługo minie siedem lat odkąd uczniowie klasy Va TE zakończyli edukację na poziomie średnim. Przez pięć lat należałem do grupy osób, które widywały się niemal codziennie w budynku tej szkoły. Wszystkie te osoby bardzo miło wspominam, a z niektórymi niekiedy udaje mi się spotkać i porozmawiać.W tych kilku słowach refleksji chcę podkreślić, że każdy uczeń z pewnością przeżył ten okres nauki w technikum na swój sposób, wykorzystując dane mu szanse - według swoich potrzeb i chęci. Dla mnie szkoła średnia była bardzo rozwojowym okresem nie tylko pod względem pozyskiwania wiedzy z dziedziny elektroniki.
Sporą część czasu (o ile nie większość) poświęcałem wraz z bliskimi znajomymi ze szkolnej ławy na działalność społeczną. Bardzo miło wspominam swoje uczestnictwo w pracach Samorządu Uczniowskiego, udział w konkursach i olimpiadach przedmiotowych, organizowanie przeróżnych akcji (początkowe Finały Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Ożarowie). Tego typu działalność z pewnością pomogła mi w szybkiej adaptacji na studiach, wyjeździe zagranicznym oraz ciągle owocuje teraz, gdy trzeba podejmować dorosłe, poważne decyzje. Z własnego doświadczenia wiem, że każda najdrobniejsza kropelka wiedzy, jaką zdobywamy w czasie naszej edukacji, procentuje w przyszłości, dlatego pragnę serdecznie podziękować wszystkim nauczycielom naszego technikum za przychylność i przekazywanie swoim podopiecznym obok wiedzy naukowej również wiele wskazówek życiowych.
Obecnie pracuję w firmie będącej dystrybutorem na Polskę i Europę Wschodnią sprzętu japońskiego koncernu Shindaiwa. Zajmuję się w tej firmie kontaktami zagranicznymi oraz zaopatrzeniem dealerów w części zamienne na teren Polski i Ukrainy.

Krzysztof Połeć – absolwent 1999 (Technikum Elektroniczne)

(K. Połeć ukończył Wydział Ekonomii i Stosunków Międzynarodowych Akademii Ekonomicznej w Krakowie, specjalność: przedsiębiorczość i innowacje)


WIELU ABSOLWENTÓW TECHNIKOM BARDZO DOBRZE SOBIE RADZI W AKADEMICKIM WIRZE NAUKI

Odkąd pamiętam, zawsze interesowałem się elektroniką, dlatego wybór mojej szkoły średniej nie był przypadkowy. Pięć lat spędzonych w Technikum Elektronicznym w Ożarowie zawsze wspominam z uśmiechem na twarzy. A dużo się przez ten czas działo...
Pamiętam dobrze lekcje z Panem „Profesorkiem" Januszem Czubą, który pomimo naszych nie-humanistycznych głów, zawsze z pasją opowiadał o języku polskim. Miło wspominam także otrzęsiny pierwszoklasistów („Niebo i piekło", „Ali Baba i 40 rozbójników"),organizowane pod czujnym okiem Pana „Profesorka". Natomiast na lekcjach matematyki oczywiście królował Pan Wojciech Majcher - nauczyciel o niebanalnych zdolnościach wbijania uczniom do głowy wszelkich matematycznych regułek. Wiedza zdobyta przy setkach rozwiązanych zadań - w myśl maksymy: „Ćwiczenie czyni mistrzem", procentowała w późniejszych zmaganiach z matematyką wyższą. No i te niezapomniane lekcje z miernictwa elektronicznego u Pana Marka Pękalskiego, kiedy to niektórzy szczęśliwcy zgłaszali zachowaną, „ustawową" N - kę, podczas gdy reszta klasy zastanawiała się nad tym,kto „polegnie" pod tablicą. A zdarzały się sytuacje, kiedy to przegrywaliśmy z „profesorem" nawet 0:5. Dopiero później uświadomiłem sobie, jak wiele cennej wiedzy wyniosłem z tych zajęć. Bardzo miło wspominam wszystkie wyjazdy w ramach olimpiad przedmiotowych, szczególnie te pod kierownictwem Pana Janusza Sitarskiego (TWoW) oraz Pana Marka Terczaka (OWE-iE). Pamiętam też lekcje z podstaw elektrotechniki u Pana Jerzego Nowaka oraz jego anegdotkę o tym, jak zarabia prawdziwy inżynier. Chodziło mniej więcej o to, że pewien inżynier za wykonaną pracę wystawił rachunek na kwotę 101 zł (nie pamiętam dokładnie, ile to było). Kiedy zapytano go, skąd ta dziwna suma, on odpowiedział: „ 1 zł to za wykonanie pracy, a 100 zł za to, że wiedziałem, jak to zrobić".
Pewnie mógłbym napisać całą książkę o tym, co działo się przez te 5 lat nauki w technikum, jednak żadne słowa nie są w stanie tego odzwierciedlić - to trzeba po prostu przeżyć ! Myślę, że moi koledzy ze szkoły zgodzą się z tym stwierdzeniem.
Uważam, że wiedza zdobyta podczas nauki w Technikum Elektronicznym dała mi dobre podstawy do kształcenia się na studiach wyższych. Czas pokazuje, że wielu absolwentów naszego technikum bardzo dobrze sobie radzi w akademickim wirze nauki.
Po ukończeniu technikum starałem się o indeks Wojskowej Akademii Technicznej, jednak ostatecznie „wylądowałem" na Wydziale Elektroniki Politechniki Wrocławskiej. W 2005 roku zostałem absolwentem tego wydziału. Obecnie pracuję w Dziale Rozwoju Philips Lighting Electronics Poland.
Serdecznie pozdrawiam całe Grono Pedagogiczne Zespołu Szkól w Ożarowie, a w szczególności: Pana Janusza Czubę, Pana Wojciecha Majchera, Pana Marka Pękalskiego, Pana Janusza Sitarskiego, Pana Marka Terczaka, Pana Jerzego Nowaka, Pana Mirosława Adamka oraz Pana Henryka Żelazowskiego. Pozdrawiam również wszystkich moich kolegów i koleżanki z byłej 5 A TE. Mam nadzieję, że kiedyś spotkamy się na zjeździe absolwentów rocznika 2000.

Łukasz Ostafiński – absolwent 2000 (Technikum Elektroniczne)


JEDEN ZA DRUGIM MUREM STAWAŁ...

Poproszono mnie, abym napisał kilka słów wspomnień ze szkoły, ale jak tu w kilku zdaniach można opisać 5 lat życia? Spróbuję jednak to zrobić.
Zacznijmy od tego, że kiedy teraz spotykam się z kolegami z klasy, wszyscy bez wyjątku dobrze wspominają pobyt w szkole. Zawsze też pada zdanie: „ Fajnie było. Szkoda, że już skończyliśmy". Każdy, kto chodził do technikum tak jak ja, na pewno to zrozumie. Nie ma po prostu drugiej takiej szkoły średniej. Nie chcę pisać jednak peanu na cześć Zespołu Szkół w Ożarowie, opiszę więc po prostu jak było.
Na początku pierwszej klasy było trudno- wiadomo, ludzie się nie znają, tym bardziej że w mojej klasie było najwięcej dojeżdżających. Jednak po dwóch tygodniach wszyscy już się znali (wiadomo, integracja ). Jak pewnie wszędzie, tworzyły się bardziej zgrane paczki, ale „jakby co", to jeden za drugim murem stawał. Dowodem naszego życia jest to, że nawet teraz - potrafię wymienić wszystkich z klasy, która - jak mi się wtedy wydawało - była duża, ale z perspektywy wiem, iż dzięki temu że liczyła 25 osób (na koniec 5 klasy), mogliśmy się poznać dosyć blisko. Zawsze można było liczyć na pomoc kolegów (zwłaszcza na klasówkach). Dzięki temu że trzymaliśmy się razem jako klasa, teraz nikt nie przejdzie obok starego kolegi obojętnie, zawsze się zatrzyma i porozmawia. To samo, przynajmniej w moim przypadku, jest z nauczycielami. Jeżeli tylko widzę któregoś, zawsze powiem „Dzień dobry". To im bowiem zawdzięczamy dobrą edukację, nie tylko w rozumieniu nauki, ale też w aspekcie wychowawczym. Wydaje mi się też - i to co słyszę od kolegów na studiach, potwierdza moją teorię, że podejście naszych nauczycieli było inne, może bardziej „wyluzowane", przez co mniej stresujące. Lekcje zawsze zaczynały się od jakichś żartów, a lista obecności nieraz była sprawdzana „po ksywkach", co świadczy o tym, jak dobrze znali nas nauczyciele. Przeważnie były też poruszane aktualne wydarzenia, zwłaszcza sportowe. Nie wszyscy byli oczywiście tacy partnerscy, ale podchodzili do nas z szacunkiem. Ważne jest też to, że nauczyli nas potrzebnych rzeczy i chyba każdy z absolwentów, który poszedł na studia techniczne, to potwierdzi. Dzięki temu że chodziłem do technikum, pierwszy rok studiów, zwłaszcza przedmioty techniczne, przeszedłem „spacerkiem". A na studiach żal, że się już skończyło technikum. Człowiek sobie chodził do szkoły, nie miał tyle na głowie, nie spoczywała na nim jakaś większa odpowiedzialność. Żal zwłaszcza 4 klasy, bo wtedy było już „z górki", jeszcze o maturze nie trzeba było myśleć, a w szkole traktowano nas już jak dorosłych, bo każdy miał 18 lat. Tak więc w moim przekonaniu szkoła przygotowała nas nie tylko do dalszej nauki, ale też do dalszego życia. Aby nie kończyć tak melancholijnie, chciałem zaznaczyć, że podczas mojej nauki zdarzyło się wiele zabawnych sytuacji. Pamiętam sporo, ale nie wszystkie nadają się do publikacji ... Opiszę więc taką, którą można wydrukować.
Było to w 5 klasie, dzień po losowaniu grup mistrzostw świata w piłce nożnej w Korei i Japonii. Jest lekcja - jaka, to przemilczmy - odpowiada Kiepura i nie bardzo umie. Nauczyciel chce mu postawić „bańkę", ale daje ostatnią szansę. Mówi, że nie oglądał losowania wczoraj i jak Kiepura wymieni mu wszystkie grupy, i kto w jakiej gra, to mu 3 postawi. No to Kiepura zaczął od grupy A i jedzie z nazwami państw. Przy „polskiej" grupie nauczyciel mu przerwał i postawił 3. Wyobraźcie sobie zaskoczenie wszystkich. Wiedzieliśmy, że Kiepura piłką się interesuje, ale nie, że aż tak...
I tym optymistycznym akcentem chciałbym zakończyć i pozdrowić z tego miejsca wszystkich nauczycieli, naszego wychowawcę pana Marka Terczaka i całą klasę 5A, a zwłaszcza: Pocztę, Choinkę, Chojnego, Gawrona, Gajosa, Pabla, Jaskuła, Sebka, Kiepurę, Artka, Mazura, Lecha, Mordę, Puka, Piłę, Skórę, Stevena, Bartka, Kubę, Prezesa, Konrada, BigMana, Pivka i Ernesta. Wspomnijcie starych kolegów, jeśli kiedyś będziecie to czytać.

Michał Mizera (Mizer) – absolwent 2002 (Technikum Elektroniczne)


TERAZ JESTEM PO TEJ BEZPIECZNEJ STRONIE BIURKA...

Moje wspomnienia ze szkoły to przede wszystkim nauczyciele i jeszcze raz nauczyciele...
Niezapomnianych chwil dostarczały nam przede wszystkim zajęcia praktyczne w Cementowni „Ożarów"- to było prawie jak ... wakacje, słodkie, niczym niezmącone lenistwo. To tam dowiedziałem się, że mam zamiłowanie do ...pociągów, a raczej do lokomotywy, którą jeden z pracowników wywoził nas do Ożarowa!
Jednak nie tylko praktyki pozostały w mojej pamięci, przeciwwagą dla jakże wspaniałego „nicnierobienia" był profesor Piotr Buchalski. Zajęcia z nim powodowały podwyższone ciśnienie, ból brzucha i poziom stresu-jak na poligonie wojskowym. Przed jego zajęciami wszyscy, jak jeden mąż, wpatrywaliśmy się w dymiące kominy cementowni...
Pomyślicie sobie, że to jakieś dziwne obrzędy, jednak miało to swój głębszy sens. Profesor Buchalski pracował w centralnej sterowni Cementowni „Ożarów", tak więc gdy któryś komin nie działał, to byliśmy pewni, że popadaliśmy z tego powodu w czarną rozpacz...
W czwartej klasie mieliśmy niezaprzeczalną przyjemność poznania profesora Ścibisza (pseudonim „Tudzież").Pamiętam, jak dziś, że na początku roku szkolnego polecił nam wszystkim zrobić marginesy do końca zeszytu, co później skrupulatnie egzekwował - ktoś nie miał - dwója! My oczywiście staraliśmy się go przekonać, że taki margines to szczegół, szczególik, i tak oto powstało słynne twierdzenie „Tudzieża": „Marginesy to są szczególiki, ale ze szczegółów składa się całe nasze życie". Dopiero teraz, po latach, rozumiem, ile w tym było mądrości życiowej.
W naszej kochanej szkole rozwijaliśmy również pamięć, i to bardzo szeroko, a to za pośrednictwem profesor Czerwieńskiej, u której lekcje matematyki wyglądały jak nauka książki telefonicznej, gdyż w odpowiedniej kolejności trzeba było wyrecytować twierdzenia i definicje z geometrii, których ( przyznam się szczerze) do tej pory nie rozumiem! Nie mogę również pominąć profesora Grzegorza Dębniaka, który uczył nas PAR-u. Ten zacny człowiek bardzo wierzył w naszą inteligencję, gdyż wyprowadzając wzór, zajmujący trzy tablice, twierdził, że to dla nas „prosta piłka". Na jego lekcjach pierwszy raz poczuliśmy się jak dorośli ludzie, ponieważ profesor mówił do każdego „proszę pana", ewentualnie krzyczał ( w miarę potrzeb) „panie, panie, co pan robisz"!
Minęły lata, każdy z nas poszedł w swoją stronę, kontakty się urwały, a ja ... ja pozostałem w mojej szkole, ale całe szczęście teraz jestem po tej bezpiecznej stronie biurka...

Mirosław Gazda - absolwent 1992 (Technikum Elektryczne)

TO JA NAPRAWIAM GNIAZDKA ELEKTRYCZNE

Wspomnienia zawsze kojarzyły mi się z czasem bardzo odległym, a przecież moja studniówka miała miejsce zaledwie dziesięć lat temu... Subiektywność odbioru czasu, zdarzeń? Jeszcze teraz potrafię dokładnie odtworzyć emocje, które towarzyszyły mi, kiedy po raz pierwszy przekraczałam mury szkoły. Wychowawczyni, pani Małgorzata Wawrzyńczak, odczytała długą listę uczniów klasy I technikum B, rok 1991. Czterdzieści jeden osób i tylko moje imię było rodzaju żeńskiego. Wkrótce jednak dołączyły do mnie dwie koleżanki i we trzy stanowiłyśmy opozycję do męskiej większości.
A były to czasy, kiedy wszystkie uczennice ze szkoły można było policzyć na palcach. To taki mało kobiecy zawód - elektryk, elektronik. I to było właśnie wyzwanie.
Podczas ślubowania pierwszoklasistów, po którym z tzw. kotów staliśmy się pełnoprawnymi uczniami, koledzy z wyższych klas nie oszczędzali nas w testach rekrutów. Wówczas część artystyczna ślubowania przebiegała pod hasłem „poborów wojskowych". Koledzy zaliczali testy sprawnościowe w maskach przeciwgazowych wypożyczonych z pracowni przysposobienia obronnego, a na koniec musieli dokonać degustacji wojskowej grochówki, której smaku chyba nie zapomnę do końca życia. Moje zadanie bojowe jako-jak domniemywam-korespondentki wojskowej polegało na przeprowadzeniu wywiadu z profesorem Januszem Sitarskim na temat „pięknych samochodów i szybkich dziewczyn" - jakoś udało mi się przejść ten trudny test...
A potem szkolna codzienność... Kiedy koledzy ze starszych klas dowiedzieli się tego, kto uczy mnie matematyki, patrzyli ze współczuciem, którego nigdy nie zrozumiałam. Może dlatego, że matematyka i fizyka były moimi ulubionymi przedmiotami i nigdy nie miałam z nimi trudności... A profesor Wojciech Majcher był dość wymagający. Jeśli jednak przestrzegało się ustalonych zasad, to twierdzenie o granicy ciągu i badanie przebiegu zmienności funkcji dało się gładko całkować... Sprawdzała się święta zasada profesora: „trening czyni mistrza".
Przedmiotem z dreszczykiem był język polski. Profesor Stanisław Ścibisz wymagał sporządzania z każdej lekcji notatki w domu, notatki, która przybierała zwykle- w moim przypadku- postać dziesięciostronicowej rozprawki, ale dzięki temu matura pisemna z polskiego była prawie jak wypracowanie klasowe.
Pracownia elektroniczna nie była moją najlepszą stroną, zwłaszcza kiedy podczas wylutowywania tranzystorów urywałam im nóżki, ku zdziwieniu profesora Jerzego Lulina, który wierzył w delikatność dziewczęcych rąk.
W drugiej, trzeciej i czwartej klasie na warsztatach zdobywaliśmy wiedzę praktyczną. Wraz koleżankami, Agnieszką i Agatą, byłam traktowana nieco odmiennie, bo zamiast młotka czy piły wręczano nam niekiedy miotły. Natomiast nigdy nie zapomnę zajęć na tokarni, gdzie mozolnie nadawałam właściwy kształt stalowym prętom. Długo nie mogłam domyć rąk ze smaru...
Najwyraźniej zapisał się w mojej pamięci okres po studniówce. Nauka do matury próbnej i nocne przygotowywania pracy dyplomowej - „Zastosowanie liczb zespolonych w elektrotechnice"- o ile pamięć mnie nie zawodzi. Ten czas kojarzy mi się z zapachem po turecku parzonej kawy, pomieszanym z wonią rozpuszczalnika, którym usuwałam niedoskonałości części urojonej czy może rzeczywistej liczb zespolonych. Ostatnie pół roku minęło niepostrzeżenie, przeplatane stresem przedmaturalnym i planami na przyszłość.I ten dziwny smutek przeplatany z radością, kiedy trzymałam w dłoniach dokument stwierdzający mają dojrzałość, niezrozumiałą wtedy jeszcze...
Na studiach nie rozwijałam swoich doświadczeń z prądem, może jedynie z prądami błądzącymi w prętach zbrojeniowych konstrukcji żelbetowych.
A teraz wędruję po krakowskich mostach z dyplomem inżyniera budownictwa, ale za to w domu to ja naprawiam gniazdka elektryczne. Mam na to papier.

Monika Nowak Kubiak - absolwent 1996 (Technikum Elektryczne)


KTOŚ NAS DOSTRZEGŁ I ZOSTALIŚMY UWOLNIENI

W związku z uroczystym nadaniem imienia naszej szkole pragnę przesłać w ślad za sugestią mojego znamienitego Profesora, pana Wojciecha Majchera , parę słów o sobie oraz kilka wspomnień dotyczących lat spędzonych w murach naszej szkoły, jak i poza nią w gronie kolegów i pedagogów.
Szkołę Podstawową w Ożarowie, gdzie na stałe mieszkałem, ukończyłem w 1988 roku i w tym samym roku rozpocząłem naukę w Technikum w Ożarowie. Z perspektywy patrząc, były to zdecydowanie czasy, w którym młodzi ludzie, tacy jak ja, wkraczają w okres dorastania. Związane jest to bezpośrednio z większymi wymaganiami, jakie stawia przed uczniem szkoła średnia, jak również zwiększają się możliwości rozwoju młodego człowieka, na co ogromny wpływ ma również szkoła, w której młodzież spędza znaczący okres czasu.
Naukę w technikum ukończyłem w 1993 roku po zdaniu egzaminu z przygotowania zawodowego oraz po złożeniu egzaminu dojrzałości w dniu 25 maja 1993 roku.Po maturze i pozytywnym zdaniu egzaminów wstępnych na studia rozpocząłem naukę na Politechnice Lubelskiej na Wydziale Zarządzania i Podstaw Techniki kierunek Zarządzanie i Marketing. Jednocześnie brałem czynny udział w działaniu Koła Naukowego Menedżerów Politechniki Lubelskiej prowadzonym przez Rektora, profesor Ewę Bojar.Jeszcze podczas ostatniego roku studiów rozpocząłem pracę w Zakładach Tytoniowych w Lublinie w dziale marketingu. Po ukończeniu studiów rozpocząłem pracę w Cementowni „Ożarów", jednocześnie studiując podyplomowo kierunek Zarządzanie i Logistyka na Uniwersytecie Illinois oraz na Politechnice Lubelskiej. Po ukończeniu studiów podyplomowych rozpocząłem pracę w firmie Prefabeton Sp. z. o.o. w Lublinie. W 2002 roku w ramach połączenia dwóch firm rozpocząłem pracę w firmie FAELBCJD SA, gdzie pracuję do dnia dzisiejszego. Do roku 2003 pracowałem w centrali w Lublinie, a od lutego 2003 roku oddelegowany zostałem do oddziału firmy do Warszawy, gdzie pracuję na stanowisku zastępcy dyrektora.
Z nauką w Technikum wiąże się bardzo wiele znakomitych wspomnień. Trudno opisać wszystkie niezapomniane chwile spędzone w okresie związanym z nauką w technikum, ale są takie, których człowiek nie jest w stanie zapomnieć do końca życia.
Jednym z takich okresów jest czas, w którym wraz z kolegami i naszymi dwiema koleżankami wymyśliliśmy coś, aby uatrakcyjnić dzień 1 kwietnia. Przebraliśmy się wszyscy, tj. cała klasa, w przedziwne stroje w klimacie lat 60. i z pieśnią na ustach przy akompaniamencie gitar i organków wkroczyliśmy do szkoły. Pedagodzy, a w szczególności nasz Profesor, który również ma słabość do muzyki, uległ klimatowi i lekcje skończyły się na tańcu oraz śpiewie.
Muzyka zresztą przewijała się, choć to nie szkoła muzyczna, przez cały okres naszej nauki. W drugiej klasie wraz z kolegami założyliśmy przy aprobacie i wielkiej pomocy szkoły zespół muzyczny, który starał się uczestniczyć we wszelkich uroczystościach. Graliśmy na apelach, jak również podczas dyskotek organizowanych na terenie szkoły.
Jednym z sympatycznych przeżyć był wyjazd na rajd w Bieszczady. Pojechaliśmy w około 20 osób. Chodziliśmy po górach, a naszym przewodnikiem był jeden z profesorów. Rajd zapowiadał się znakomicie i taki był, gdy wspominam go teraz. Drugiego dnia wędrówki dotarliśmy w miejsce, które o ile pamiętam- profesor nazywał Czarnym Okiem. Była to głęboka zatoczka na strumieniu. Zmęczeni, spragnieni, głodni i żądni kąpieli postanowiliśmy spełnić swoje pragnienia. Po rozbiciu namiotów jeden z nas wskoczył do strumienia, a reszta zbladła, widząc minę kolegi. Woda była tak zimna,że nie nadawała się nawet na to, aby myć w niej ręce. Zrezygnowaliśmy więc z kąpieli i postanowiliśmy się posilić, uczyniwszy wcześniej zakupy w pobliskim sklepie. Okazało się jednak, że najbliższy sklep znajdował się około 15 km od naszego obozowiska. Chcąc nie chcąc, wieczór i noc spędziliśmy o resztkach, jakie nam zostały z dnia poprzedniego. Następnego dnia, nauczeni doświadczeniem, dotarliśmy bliżej cywilizacji, gdzie uzupełniliśmy zapasy i dzięki temu maszerowaliśmy kolejne dwa dni z pełnymi plecakami konserw i napojów.
Ze szkołą wiążą się jednak przede wszystkim wspomnienia dotyczące nauki. Przy przygotowaniu pracy dyplomowej zajmowaliśmy się remontem i modernizacją już częściowo istniejącej, ale niedziałającej sieci telewizji satelitarnej. W obecnym czasie było to duże wyzwanie, tak dla nas, jak i dla szkoły, ponieważ wiązało się to ze sporymi wydatkami finansowymi. Odbudowanie istniejącej oraz zbudowanie nowej sieci w nowym skrzydle, jakim był internat,wymagało dużo czasu i pracy. Jedną z ostatnich prac związanych z podaniem sygnału satelitarnego do wszystkich sal dydaktycznych i do internatu było ustawienie czasz anten tak, aby uzyskać na tunerze sygnał z satelity. Wiąże się z tym dość zabawna anegdota.
Otóż wraz z moim kolegą Piotrem Wisowskim tak zaaferowani byliśmy ustawieniem anteny, że przez przypadek zatrzasnęliśmy właz wychodzący na dach, pozostając na zewnątrz, a jako że był to, jak pamiętam, listopad, przemarzliśmy do kości. Po może dwóch godzinach wymachiwania i wołania o pomoc ktoś nas dostrzegł i zostaliśmy uwolnieni.
Jest jeszcze wiele wspomnień, które wiążą się ze szkołą, między innymi prowadzenie strzelnicy LOK czy gra w zespole reprezentującym naszą szkołę w zawodach piłki siatkowej. Jest kurs na czeladnika w rzemiośle tele- i radiomechanika, są wyjazdy klasowe i nauka po nocy wraz z kolegami w internacie. Są wreszcie praktyki na warsztatach i w zakładzie pracy. Wszystkie te miejsca i ludzie kojarzą się znakomicie i budują w człowieku na samym początku dorosłego życia solidną podstawę na dalsze dorosłe życie.
Kończąc te krótkie wspomnienia, dziękuję wszystkim pedagogom, a w szczególności Panu profesorowi Majcherowi za wychowanie.

Jacek Soboń - absolwent 1993 (Technikum Elektryczne)


ROZWIĄZYWANIE ZADAŃ NIE POSZŁO NA MARNE

Jednym z najważniejszych wydarzeń z mojego pobytu w szkole, jakie utkwiły mi w pamięci, był start w Turnieju Wiedzy o Wynalazczości. Pewnego dnia zawołał nas pan Janusz Sitarski (wiedzieliśmy, że prowadził „pracownię", na którą my byliśmy jeszcze za młodzi) i zaproponował nam udział w TWoW. Przyszły dni wytężonej pracy, ale też i wesołej zabawy. Przypominam sobie, że w finale wojewódzkim na części ustnej wylosowałem ostatni numer i chyba jedyny raz w życiu byłem tak zdenerwowany, że robiło mi się ciemno przed oczami. Za wejście do finału ogólnopolskiego dostałem radiobudzik, który do dziś zrywa mnie co rano, a przy okazji irytuje moją narzeczoną. Potem przed finałem krajowym był wyjazd na „obóz kondycyjny" do Puław, w trakcie którego uczyliśmy się m.in. jak odpowiadać na pytania, na które nie znamy odpowiedzi. Do dziś pamiętam słowa profesora Sitarskiego: „Panowie, wy tam jedziecie wygrać". No i... wygraliśmy.
Innym razem miałem wspólnie z Krzyśkiem Połciem, którego nie może zabraknąć w tych wspomnieniach, wystartować w konkursie recytatorskim z języka niemieckiego. Pamiętam, że z duszą na ramieniu myśleliśmy o tym wydarzeniu. Kilka dni wcześniej wybraliśmy się z Krzyśkiem do Lublina, by w bibliotece UMCS zdobyć materiały do konkursu matematycznego. W drodze powrotnej przy wysiadaniu tak uśmiechałem się do sympatycznych towarzyszek podróży, że skręciłem nogę. Przez to nie mogłem wziąć udziału w konkursie recytatorskim. Kto wie, być może to wydarzenie spowodowało, że dziś nie jestem magistrem germanistyki. Krzysiek dzielnie mnie wspierał w moim bólu. Po tym, jak robiłem całą noc sprawozdania z wykonanych ćwiczeń przed zaliczeniem serii na pracowni (nie mieliśmy w zwyczaju zabierać się za to wcześniej niż w trakcie ostatniego wieczoru), przyszedł do mnie rano i zaniósł mnie na swoich barkach do szkoły, bym mógł wziąć udział w sprawdzianie.
Bardzo dobrze utkwił mi w pamięci profesor Wojciech Majcher i jego „żółty zbiorek", z którego w piątej klasie rozwiązywaliśmy setki zadań przygotowujących nas do matury.
Ciepło wspominam naszą wychowawczynię panią Marię Merdalską, o której nie mówiliśmy między sobą inaczej jak „Malina". Ona zawsze dbała o to, abyśmy przebrnęli przez meandry pojawiające się na naszej drodze do tytułu technika. Była też naszą ostatnią deską ratunku w przypadkach, gdy nie przygotowaliśmy się do sprawdzianu. Zawsze umiała wynegocjować przesunięcie terminu klasówki o kilka dni.
Jednym z mile wspominanych przeze mnie elementów nauki w szkole była również aktywność pozalekcyjna. Do dziś z sympatią myślę o działalności w samorządzie szkolnym i organizowanych przez nas finałach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W ich trakcie udawało nam się wypełnić salę w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury czy też sprzedać na aukcji za kilkaset złotych placki przygotowane przez ożarowski chór. Nasza praca przynosiła owoce w postaci drugiej pod względem wielkości sumy pieniędzy w istniejącym wtedy województwie tarnobrzeskim. Potem zaangażowałem się w działalność w Parlamencie Dzieci i Młodzieży Województwa Tarnobrzeskiego, co wiązało się z licznymi wyjazdami. Gdyby nie dyrektor szkoły i kadra nauczycielska (z profesor Marią Merdalską i profesorem Januszem Czubą na czele), która z wyrozumiałością podchodziła do mojego opuszczania lekcji w „bardzo ważnych sprawach", to zarówno organizacja finału WOŚP jak i działalność w Parlamencie byłaby niemożliwa.
Pamiętam przysłowia używane przez nauczycieli: „Trening czyni mistrza", którym nas raczył Wojciech Majcher, czy „Wszystko, co trudne, stanie się łatwe" Marka Terczaka. Ten pierwszy lubił życzyć, szczególnie dziewczynom, przed świętami „smacznego jajka", bez względu na to czy mieliśmy zimę, czy wiosnę. Wieść gminna niosła, że ten drugi był gwiazdą zespołu muzycznego „Los Buracos". Do dziś jednak nie wiem, czy to prawda...
Najlepsze podstawy do dalszego kształcenia uzyskałem z matematyki. W trakcie egzaminów wstępnych na Akademię Ekonomiczną w Krakowie udało mi się rozwiązać wszystkie zadania. Na studiach miałem bardzo wymagającego wykładowcę od matematyki, ale w grupie i tak byłem jednym z najlepszych. Potem bez problemu dawałem sobie radę z innymi przedmiotami ścisłymi, jak statystyka, ekonometria, czy prognozowanie i symulacje. Rozwiązywanie zadań
z „żółtego zbiorku" nie poszło na marne.
Z perspektywy już dobrych kilku lat muszę jednak przyznać, że przydałoby się położenie w szkole większego nacisku na języki obce. To bardzo dobrze, że mieliśmy zarówno angielski, jak i niemiecki, ale chodzi o to, że młodych ludzi z umysłami ścisłymi, takich jak w naszej szkole, trzeba mocno dopingować do wkuwania słówek. Teraz już wiem, że tak naprawdę to jest podstawa do znalezienia bardzo dobrej pracy.
Po zdanej maturze dostałem się na studia na Akademię Ekonomiczną w Krakowie. Studiowałem ekonomię, na trzecim roku wybrałem specjalność gospodarka i administracja publiczna (GAP). Pracę magisterską pisałem pod czujnym okiem prof. Jerzego Hausnera. Tytuł magistra uzyskałem w kwietniu 2004 r. Nasze seminarium magisterskie poświęcone było telewizji publicznej. Dodatkowo mieliśmy możliwość sprawdzić się w roli twórców scenariuszy programów telewizyjnych. Przez kilka miesięcy byłem także asystentem reżysera i scenarzysty, dzięki czemu mogłem poznać tajniki przygotowywania profesjonalnych filmów dokumentalnych.W trakcie studiów nie zapominałem także o aktywności pozauczelnianej. Na drugim roku rozpocząłem działalność w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów Akademii Ekonomicznej w Krakowie, gdzie przez dwanaście miesięcy pełniłem funkcję przewodniczącego. Reprezentowałem także krajowy NZS w Komisji ds. Pożyczek i Kredytów Studenckich w ówczesnym Ministerstwie Edukacji Narodowej i Sportu.
Po zakończeniu studiów podjąłem pracę w organizacji pozarządowej w Krakowie. Zajmuję się przygotowywaniem strategii rozwoju dla gmin i powiatów województwa małopolskiego, opracowuję wnioski o dofinansowanie projektów ze środków Unii Europejskiej. Moja aktywność pozanaukowa, zdobywana już w trakcie szkoły średniej, przyniosła efekty w postaci interesującej pracy. Jednak ze względu na dużą jej czasochłonność zdecydowałem się na zmianę miejsca zatrudnienia. Wkrótce rozpocznę pracę w przedsiębiorstwie z branży IT. Mam nadzieję, że będę miał okazję do odświeżenia swojej wiedzy z zakresu elektroniki.
W życiu osobistym układa mi się bardzo dobrze. Wspólnie z moją narzeczoną Kingą, którą poznałem w trakcie studiów, planujemy wziąć ślub w sierpniu. W tym roku mamy wprowadzić się do własnego mieszkania, więc myślę, że już na dobre zakorzenię się pod Wawelem.

Tomasz Rutkowski - absolwent 1999 (Technikum Elektroniczne)


PISANIE WYPRACOWAŃ STANOWIŁO DLA MNIE WIELKĄ ZMORĘ...

No tak, pisanie wypracowań nigdy nie było moją mocną stroną...
Długo się zastanawiałem, o czym napisać, czym się podzielić, co było zabawne, co godne uwagi, co można wyciągnąć z zakamarków pamięci i przenieść na papier.
Szkoła kojarzy mi się z beztroską naiwnością, z nawiązywaniem nowych przyjaźni i oczywiście z nauką. Na trwałe zapisali się też uczący profesorowie, przekazujący wiedzę, jak i wzorce osobowe. Za to cenię ich do tej pory. Pamiętam świetną atmosferę, jaka panowała w szkole, dziś wiem - była ona sprawą starań moich nauczycieli. Niezapomniane były lekcje z naszym wychowawcą, panem Jerzym Starzomskim, który zawsze z dużą werwą starał się przekazać nam swój ogromny zasób wiedzy zawodowej.
Pamiętam zajęcia i liczne dowcipy na warsztatach szkolnych; specyficzny zapach chłodziwa do obrabiarek. Mam w pamięci dreszczyk emocji na lekcjach fizyki, jaką to tajemnicę uda się wykraść przyrodzie.
O ile przedmioty ścisłe były dla mnie głównie przyjemnością, to pisanie wszelkiego typu wypracowań i rozprawek stanowiło wielką zmorę. Pamiętam, chyba początek drugiej klasy - język rosyjski (tu mam okazję pozdrowić Panią Bożenę Konieczny) i coroczny temat - legenda „Kak ty prawioł letnie kanikuły?". Wpadłem na genialny pomysł skorzystania z pomocy licznie wtedy odwiedzających ożarowski targ Rosjan. Poszliśmy więc z kolegami nawiązać bliższe przyjaźnie polsko-rosyjskie. Z perspektywy czasu myślę, że wyglądaliśmy jak typowe łobuzy. Nasz wybór nieprzypadkowo chyba padł na młodą i całkiem ładną Rosjankę. Niestety, jak się za chwilę okazało, zamężną. Nasze wysiłki słowne, jak i gestykulacja nie przyniosły żadnego rezultatu. Dziewczyna wystraszyła się, a my zostaliśmy potraktowani jak chuligani. Ostatecznie wypracowanie napisaliśmy sami.
Ożarowska szkoła to jeden z etapów kształtowania mojej osobowości, to fundament do dalszej nauki i pracy zawodowej. Wyprawiony przez nią ruszyłem zdobywać dalszą wiedzę. Po uzyskaniu dyplomu katedry fizyki teoretycznej na UMCS powróciłem znów do szkoły, tym razem jako nauczyciel, z życzliwością przyjęty przez dawnych profesorów.
Dziś z perspektywy czasu cieszy mnie fakt, że kiedyś byłem jej uczniem. Z zadowoleniem patrzę na świetnie urządzone pracownie, młodzież tu uczącą się i rosnącą liczbę dziewczyn w szkole, która była kiedyś typowo męską placówką.

Krzysztof Wabik - absolwent 1993 (Mechanik maszyn i urządzeń przemysłowych)

 

Plany , energia i zapał.

 

Cztery lata spędzone w szkole były dla mnie pięknym czasem, którego nigdy nie zapomnę. W mojej pamięci pozostanie wiele wspaniałych chwil przeżytych wraz z innymi uczniami mojej  klasy, której wychowawcą był pan Janusz Czuba.  Liceum to były marzenia, plany, energia i zapał – tak to pamiętam. Kadra pedagogiczna „różnobarwna” niczym tęcza: wesoła, radosna, pomocna, wyrozumiała ale też „mordercza” w egzekwowaniu wiedzy.

Pamiętam atmosferę pracy na lekcjach matematyki u Pana Wojtka Majchra. W klasie panowała taka idealna cisza, że słyszało się przyspieszone bicie własnego serca. W głębokim skupieniu roz­wiązywaliśmy mnóstwo zadań, w tym również nadobowiązkowych. Profesor był zawsze su­rowy, konsekwentny, bardzo wymagający. Wszyscy odczuwaliśmy w stosunku do niego ol­brzymi respekt. Zmorą klasy były także lekcje języka polskiego, zwłaszcza  wtedy gdy miała być omawiana lektura. Nie zapomnę tych licznych intryg, pomysłów, które wymyślaliśmy aby tylko odwrócić uwagę nauczyciela. Pan Janusz Czuba potrafił zmusić uczniów do intensywnego myślenia i dokładnej analizy przeczytanych dzieł. Pamiętam liczne dyskusje, i ten jego upór i stanowczość. Był dla nas – dziewcząt wychowawcą, ale i poniekąd ojcem. Zawsze wysoko stawiał nam poprzeczkę, chciał abyśmy osiągnęły jak najwięcej. Nie miał z nami łatwo, nawet największe wybryki uchodziły nam (lub nie) na sucho, gdyż nić sympatii zawiązana między nami, a naszym wychowawcą miała w sobie nutę partnerstwa, dialogu i zrozumienia. Nie sposób w swych wspomnieniach pominąć zajęć z wychowania fizycznego u Pani Marty Kozieł. Te pamiętne sparingi w piłkę siatkową- zwłaszcza
z chłopakami z V TechnikumJ (połowa dziewcząt z klasy się w nich podkochiwała). Okres liceum to nie tylko nauka, ale liczne apele, akademie. Byliśmy wytwornym rocznikiem tworzącym szkołę wszędzie, nie tylko w jej murach. Uroczystości szkolne, regionalne, wojewódzkie konkursy nie odbywały się bez klasy I a. Byliśmy zawsze lub prawie zawsze chętni do pomocy. Nasz wychowawca chętnie włączał nas w liczne akcje, konkursy.  Najbardziej pozostał w mej pamięci konkurs Super Szkoły organizowany przez Radio Kielce. Te liczne próby pod okiem ks. Rafała (cudowna osobowość), wspólne śpiewanie, ale i liczne rozmowy, dyskursy. Oczywiście należy wspomnieć również o licznych wycieczkach, ogniskach. Niezapomniana 5- dniowa wycieczka do ZakopanegoJ. Do późna całą klasą przesiadywaliśmy pod drzwiami wychowawcy i wspólnie śpiewaliśmy, opowiadaliśmy dowcipy. To były czasy, zwłaszcza, że miało się taką klasę jak ja- nie zapomnę tych ludzi do końca świata. Zresztą do dziś z większą grupą klasy utrzymuję kontakt. Półmetek i studniówka zapisały się w moich wspomnieniach jako rewelacyjne przeżycia. Te bale miały niepowtarzalny klimat, a zarazem były pełne zwariowanej zabawy do rana i wielkiej radości. Liceum było dla mnie szansą spotkania wspaniałych, oddanych swojej pracy profesorów. Jestem wdzięczna nauczycielom, którzy dali mi dobre podstawy do dalszej nauki. Pięknym doświadczeniem jest spotkać nauczycieli z liceum i wymienić ciepłe spojrzenie i uśmiech na korytarzu, ale dziś już nie jako uczennica, ale jako koleżanka z pracy.

 

 Magdalena Szczygieł –absolwentka 2003(Liceum Techniczne) 

LO dla dorosłych

lo dorośli

Kwalifikacyjne Kursy Zawodowe

kkz min

E-learning

Do wakacji pozostało:

Galerie

Dziś jest


Dzisiaj jest: Wtorek
22 Sierpnia 2017
Imieniny obchodzą
Cezary, Dalegor, Fabrycjan, Fabrycy,
Hipolit, Hipolita, Maria, Namysław,
Oswald, Oswalda, Tymoteusz, Zygfryd

Do końca roku zostało 132 dni.
Zodiak: Lew

Copyright © 2017 Zespół Szkół w Ożarowie im. Marii Skłodowskiej-Curie Rights Reserved.